Wpis na chwilę przed świętami

Wielkimi krokami zbliża się Wielkanoc. Przygotowania w wielu Polskich domach trwają w najlepsze niekiedy już od tygodnia. Ja odpuszczam trochę. Skupiam się na tym co lubię, czyli na gotowaniu. Mieszkanie ogarniemy ale nie w takim wymiarze jak zazwyczaj. Mój mały pasażer też nieco mnie hamuje. Ciążowa senność ustąpiła, ale mimo wszystko jest mi trochę ciężej. Chyba można mi wybaczyć nieco to niedbalstwo. Podejrzewam, że za 5 miesięcy nie będę wiedziała w co ręce włożyć.

Powoli kompletujemy wyprawkę. W maju wybieramy się do Polski i pewnie wiele rzeczy uda nam się załatwić trochę taniej niż tu. Zależy mi na tym, żeby część rzeczy, która będzie dłużej użytkowana była dobrej jakości. Ubranka będą zmieniały się błyskawicznie, kiedy dziecko będzie rosło, więc nie widzę sensu kupowania mega drogich markowych ubrań dla noworodka. Ważne by były z czegoś naturalnego, oddychającego. Przeglądam strony internetowe, robię listy, część rzeczy wykreślam dochodząc do wniosku, że to akurat rozwiązanie może okazać się niepraktyczne lub totalnie niepotrzebne i da się bez niego żyć.

Nadal szukamy domu. W sumie mamy jednego kandydata, jednak musimy poczekać na rozstrzygnięcie rekrutacji Lubego. W innym wypadku poszukiwania musimy rozpocząć od początku. Powoli jestem przerażona, że nie uda nam się postawić domu na nogi przed porodem albo przygotowania przynajmniej podstawowych pomieszczeń. Pozostaję jednak pełna optymizmu i liczę że wszystko prędko się ułoży.

Od marca noszę się z przygotowaniem wpisu o ulubionych rzeczach ale jak na złość zawsze coś się wykrzaczy.

Na chwilę obecną wracam do kuchni, do zimnych nóżek 🙂

Pozdrawiam ciepło!

 

Zwalniam

W zasadzie to zwalniam już od kilku miesięcy.

Dodatkowo w ciąży zdecydowanie odpuściłam wiele rzeczy. Poza popołudniową sennością czuję się naprawdę dobrze i nie cierpię na żadne dolegliwości około-ciążowe. Co nie zmienia faktu, że wszystko jest dla mnie stosunkowo nowe. Ostatnio jest na tyle spokojnie, że zastanawiam się czy nadal jestem w ciąży…

W przyszłym tygodniu czeka mnie wizyta u lekarza i powoli zbliżam się do bezpieczniejszego etapu ciąży i może w końcu rozpoczniemy kompletowanie wyprawki. To głupie ale poza jednym kompletem body, spanikowałam że może to za wcześnie. Oczywiście oglądamy różne rzeczy, mamy już pewne pomysły ale z realizacją się wstrzymujemy.

Niestety zatrzymałam się też w porządkach. Przestałam segregować nasz dobytek, nie wspominając już o większych porządkach.  Na szczęście nadal trzyma się mnie minimalistyczna idea i nowych rzeczy nie przybywa zbyt wiele.

Od kilku miesięcy przymierzam się do kupienia robota kuchennego i blendera i to było by chyba na tyle z większych zakupów. Nowym problemem jest odzież ciążowa, ponieważ „wyrastam” ze sporej części rzeczy. Dotychczasowe jeansy są już na innej półce i nie chce mieć z nimi do czynienia. Na całe szczęści rozpoczyna się tu wiosna, która dość szybko zamienia się w lato i mogę się już zaprzyjaźnić z sukienkami.

Żeby nie było tak bezproblemowo, to przymierzamy się do kupna i wyremontowania domu w Niemczech.  Początkowo planowaliśmy dalej wynajmowanie mieszkania, tyle że 4-pokojowego. Niestety mieszkań tego typu jest mało i czynsz wzrasta nawet ponad dwukrotnie, dlatego też postanowiliśmy zainwestować w dom, który zawsze gdzieś tam krążył nam po głowie. Obecnie naszym największym wrogiem jest czas. Zwłaszcza ten który pozostał do końca ciąży. W momencie, kiedy już mieliśmy konkretny obszar w którym rozpoczęliśmy poszukiwanie nieruchomości, to u Lubego pojawił się cień szansy na zmianę pracy. Sprawę trzeba wyjaśnić bo domu niestety nie przeniesiemy. Staram się nie napalać ale musimy to brać pod uwagę. Podziwiam małżeństwa, gdzie obydwoje muszą dopasować swoje miejsca pracy. Na szczęście posiadam komfort pracy z domu i jedynym ograniczeniem byłby brak prądu lub internetu.

Niby zwalniam, a jednak ciągle coś się dzieje.

 

 

A jednak

Wtorkowy test pokazał jednak bladą, ledwo widoczną kreskę. W środę postanowiłam powtórzyć test bo nie bardzo mogłam uwierzyć po sobotniej załamce. W środę jakby ciut mocniejsza. Zadzwoniłam żeby umówić się na betę w czwartek.

Babka pobierając krew była  lekkim szoku, że za pierwszym podejściem w klinice udało mi się wysikać pozytywny test, pomimo że mój wynik progesteronu był JEDNAK zaniżony.

Telefon miał zadzwonić między 16:00 a 18:00. O 17:30 nie wytrzymałam, czekanie przy tej słuchawce było jak wieczność.

Hasło pani przy telefonie, że wszystko wygląda naprawdę dobrze i beta jest dość wysoko sprawiły, że spadł mi olbrzymi kamień z serca.

Naprawdę wielki głaz. Że to koniec ze stymulacją, że nie będę się dłużej czuła jak eksperyment z laboratorium, że głupia ginekolożka się myliła. Milion małych ulg w tym ta, że sobie nie wkręcałam objawów.
Że woń łososia naprawdę mnie zamuliła, podobnie jak zapach czosnku. Że te bóle nie są takie jak zwykle.

Beta 600. We wtorek USG. Moje pierwsze w życiu ciążowe USG. (tylko nie pamiętam na którą bo chyb skupiłam się tylko na tym że jest pozytywnie)

Wszystko jest takie nowe, ilość myśli jest przeogromna.

Wszystko się wywróciło do góry nogami. Niesamowite przeżycie, które  przebiło chyba wszystko dotychczas. Wszystko, absolutnie wszystko!

 

Płonne nadzieje

29 dc , 11 dpo

I już brzmię jak większość staraczek o dziecko. Magiczny szyfr, który jeszcze kilka miesięcy temu niewiele mi mówił. Dorzucę jeszcze może wyniki badań, poziomy hormonów i zażywane leki i już w ogóle odpłynę w świat obsesji ciążowej.

Nigdy tego nie chciałam. Tak samo jak bycia kiedyś mamą, która nieustannie rozpływa się nad swoim dzieckiem.

Ale rozczarowanie jest spore. Nie potrafię przegrywać.

W tym miesiącu entuzjazm był spory. Monitoringi, lekarstwa i badania dały mi poczucie, że wszystko jest pod kontrolą, że PCOS chwilowo nie ma znaczenia bo ktoś to wszystko teraz kontroluje.

Dzisiejsza biel vizira ostudziła moje płonne nadzieje, że będę TĄ której się udało, że uścisnę dłoń doktorkowi podziękuję za to, że pchnął nas w otchłań rodzicielstwa i powiem „good job Doc!”

 

10 dzień w 2017

Tak dzisiaj jest już 10.01.2017.

31.12.2016 w drodze na Sylwestra ustalaliśmy z mężem cele na rok 2017. Nie są to stricte postanowienia noworoczne, ale pewne cele, które chcemy zrealizować. Niektórych nie udało nam się zrealizować w zeszłym roku i są obecne na naszej tegorocznej liście. Ale już rozważamy jak inaczej ugryźć te sprawy, które są dla nas ważne i co miało wpływ na to, że nie udało nam się czegoś osiągnąć.

Piszę o tym bo wiele osób robi sobie postanowienia i własnie w drugim tygodniu nowego roku wiele z tych osób nie pamięta, że cokolwiek postanawiała. Część z nich może jeszcze przez jakiś czas będzie pamiętała o swoich postanowieniach, ale umówmy się szczerze nie bez powodu wiele osób drwi z noworocznych postanowień. Ja zawsze spisuję swoje cele. Moje/nasze postanowienia zostaną wydrukowane i wpięte do mojego organizera. Za (prawie) każdym razem jak go otworze przemkną mi przed oczami moje cele/postanowienia i w ten sposób sobie o nich przypominam. W zeszłym roku wkleiłam je w okładkę kalendarza i odhaczałam zrealizowane rzeczy. Podobnie było z wyzwaniem książkowym w którym brałam udział.

Z wyzwaniem książkowym jest tak że 2 lata temu byłam niezadowolona z tego że nie znajduję już tak jak kiedyś czasu na czytanie i czytałam mało albo wcale. W zeszłym roku przeczytałam 21 książek z wyzwania i może 3-4 książki luzem. Nie jest zbytnio czym się chwalić ale nie jest to już 1 czy 2 książki na rok, więc jest pewien progres. Zaczynając wyzwanie, nie liczyłam, że przeczytam całość, nie nastawiałam się, liczyłam na ciekawą motywację i wyjście poza swój gust literacki. Cel osiągnęłam.

Cele stawiam sobie od kilku lat. Staram się nie demotywować tym, że czegoś nie osiągnęłam albo że coś stało się nie realne, gdy tylko pojawiło się coś innego. Nasze życie zmienia się dość intensywnie i nasze potrzeby również, co za tym idzie nasze cele ulegają ciągłym zmianom.

Z Polski wróciliśmy wieczorem 4 Stycznia. I już wracając z Polski  wiedziałam, że będzie to pracowity miesiąc może rok. Telefon i mail się odzywał w sprawie tłumaczeń. Myślę że kalendarz który zamówiłam w drukarni w tym roku będzie mi bardzo przydatny.

Mam nadzieję, że ROK 2017 przyniesie i mi i wam mnóstwo nowych doświadczeń, postawi wspaniałych ludzi na drodze oraz sprawi kilka miłych niespodzianek.

Adwent. Czy aby na pewno?

Moja religijność ma swoje wyże i niże. Nie jestem przesadnie religijna i moje zachowanie częściej przeczy jakiejkolwiek świętobliwości, skromności czy pokorze i wydaje mi się, że wiele osób nie sądzi, że staram się dość regularnie chodzić do kościoła czy modlić. Możliwe, iż jest tak dlatego, ponieważ wiara jest dla mnie czymś baaardzo osobistym. Były lata kiedy byłam dość daleko od kościoła albo eksperymentowałam szukając swojej drogi w tym wszystkim. Obecnie zdaję sobie sprawę z tego, że potrzebuję Boga i wiary na co dzień, że mi jej brakowało przez bardzo długi czas.

Piszę o tym bo wydaje mi się, że minimalizm, który pojawił się w moim życiu stworzył jeszcze więcej miejsca na wszystko to, co jest niematerialne. Nie umartwiam się jeszcze jak w średniowieczu, po prostu czuję się lżejsza i bardziej skupiona. I wydaje mi się, że właśnie w adwencie powinno się nieco zwolnić.

Też ganiam za prezentami i upominkami dla bliskich, ale to własnie nie tylko o to chodzi… To w końcu nie są święta prezentów, tylko czegoś zupełnie innego. Obserwuję znajomych, ludzi w sklepach jak się w tym wszystkim zatracają, tylko po to by wręczyć pięknie opakowane „coś” komuś, dla kogo bardzo często nie mają nawet czasu. Miarą miłości, przyjaźni nie jest wartość albo ilość podarunku, jakim kogoś obdarujemy (i mówię to jako zdeklarowana materialistka na odwyku). Poza tą całą otoczką powinniśmy być dla siebie nawzajem. Nie tylko w święta, ale też na co dzień. Śmiejemy się z Walentynek, że są taaaakie komercyjne, że ludzie powinni się kochać i zdobywać codziennie a nie tylko tego konkretnego dnia. A jednak robimy to samo z Bożym Narodzeniem. Wymyślne dania, dekoracje jak z żurnala, choinka na bogato i generalnie wszystko się świeci, tańczy i śpiewa. I super niech i tak będzie, ale czy tak po prostu potrafimy ze sobą wytrzymać? Pobyć? Dociera w ogóle do nas to, że jest to dzień świąteczny, że obchodzimy wtedy coś konkretnego, bo jeśli nie to nie rozumiem idei dni wolnych. Równie dobrze można by wziąć urlop w czerwcu i zrobić sobie zajebiste prezenty.

Jeśli ktoś tam czyta te moje wpisy i jest „ateistą” tudzież obywatelem planety i wyznawcą latającej pizzy. To pewnie uzna moje wypociny jako kazanie, które zesłał na mnie w niedzielę ojciec Rydzyk. I w zasadzie nie ważne co napiszę i tak spotka się to z hejtem. Ale tak zdroworozsądkowo: Skoro chrześcijaństwo jest przereklamowane, to co do choinki robią te tabuny ludzi w sklepach z prezentami? Większość z nich szydzi z wiary, więc rozumiem, że są ofiarami komercji, marketingu albo puszystego gościa z bandą reniferów.

Adwent obecnie rozpoczyna jedną wielką kampanię marketingową. A sama święta stały się znakiem towarowym jak każda inna marka. „Podaruj bliskim święta, kup/zamów…””Niech ten czas będzie wyjątkowy dzięki….” „W ten wyjątkowy czas warto zadbać o….” SERIO?!

I ja naprawdę nie mam nic przeciwko prezentom, nawet takim na wypasie ale one nie spowodują, że te święta będą wyjątkowe. Sprawią radość bliskim bo taka jest ich idea ale nie są wyznacznikiem Świąt. Uważam, że można w tym wszystkim znaleźć jakąś równowagę. Chyba warto się zatrzymać na chwilę i zdać sobie sprawę dlaczego robimy to co robimy.

 

Grudniowe wynurzenia

Po kolejnej miesięcznej przerwie wróciłam. W nieco lepszym nastroju.

Może to za sprawą świąt? Bardzo lubię tę część roku. W zasadzie czekam na to cały rok. Zawsze tak było. Boże Narodzenie to zawsze był wyjątkowy czas. Taki odświętny, kolorowy, pachnący. Można spełnić kilka fajnych życzeń, sprawić trochę radości.

Święta spędzimy w Polsce w rozjazdach. U rodziców, teściów, rodziny, przyjaciół.

Zeszłoroczne Święta Bożego Narodzenia były wyjątkowe, bo były naszymi pierwszymi wspólnymi świętami. Były nasze. Pełne tego co lubimy, kochamy. Te święta będą zdecydowanie zdominowane przez zwyczaje naszych rodzin. Ale w każdej tradycji rodzinnej jest coś co jest podstawą lub elementem naszych świąt.

Ale zanim nadejdą te prawdziwe święta to planujemy odwiedzić na Wrocław. Ostatnie przedświąteczne zakupy, jarmark bożonarodzeniowy i spacery po rynku. Luby planuje zwiedzić ze mną jeden z escape roomów, ja zaś odwiedzić księgarnie i antykwariaty. Liczę na wizytę w naszej ulubionej restauracji Bernard jak również na coś nowego. Do Wrocławia zawsze wracam z wielkim sentymentem i naprawdę nie mogę się doczekać naszego wyjazdu.

Grudzień będzie intensywnym miesiącem. Mam już zaplanowane dwie wizyty lekarskie, zlecenia, przygotowania przedświąteczne i wiele innych rzeczy, które muszę koniecznie załatwić jeszcze w tym roku. Miesiąc ten jak co roku zmusza mnie do refleksji na temat tego co udało mi się osiągnąć. W tym roku nie ma tego tak wiele. W najlepszym wypadku mogła bym stwierdzić że rok ten był przeciętny. Targało mną wiele emocji z których niewiele wynikało. Miałam już zdecydowanie gorsze lata i zdecydowanie lepsze. Powoduje to u mnie pewnego rodzaju frustrację, ponieważ jak gdyby stoję w miejscu. Ale o tym  i o planach na następny rok napiszę pewnie z końcem tego roku albo już w 2017.

Już niebawem mamy z mężem wizytę w klinice, która mam nadzieję, pomoże nam powiększyć naszą małą rodzinę. Liczę też, że ktoś zajmie się moim PCOS, ponieważ moja Frau ginekolog stwierdziła, iż nie ma możliwości leczenia mnie i dała skierowanie do ów kliniki. Od lekarza rodzinnego wydębiłam skierowanie do endokrynologa, ale tam termin mam dopiero na luty. I tak zwiedzam sobie tych lekarzy a zmian jak nie było tak nie ma. I tak szczerze to nie chce mi się nawet o tym myśleć w tym roku. Moja szansa na ciążę w tym roku wynosi…. jakiś…. 1%.

Żyję więc świętami, jarmarkami bożonarodzeniowymi oraz nowym rokiem.

 

 

 

 

Utraciłam kontrolę

45 dzień cyklu.

I nic.

 

Mogłabym na tym skończyć bo do tego wszystko się sprowadza.

Straciłam kontrolę nad swoim ciałem. Nie w tym miesiącu i nie w zeszłym. Straciłam ją chyba 2,5 roku temu jak usłyszałam, że mogę mieć PCOS.

Prawie 2 lata tabletek było jak wyrok w więzieniu. Jak smycz, której nie mogłam ściągnąć.

Ciągle ta sama godzina przyjmowania tabletek, jak obiad w więziennej celi. Wszystko sztuczne i jak w zegarku. Pozornie prawidłowo. Jakbym była poddawana jakiemuś procesowi resocjalizacji.

28 dniowe idealne cykle. Które nie są moje! Moje zawsze były 35 dniowe. Ale na tym cholernym listku nie ma ma 30 tabletek tylko 21.

Były 35 dniowe… Bo 2,5 roku temu stały 50-60 dniowe.

Poza dodatkowymi dniami dostałam gratis 15 kg sadła.

Świetna oferta. Taki prezent ślubny żebym broń boże nie czuła się 100% żoną albo matką.

Teraz na wolności czuję, że te dwa lata nic nie zmieniły. Wraca wszystko… I wszystko zabiera.

PCOS zabiera kobiecość, zabiera czas, relacje, marzenia, plany.

Nie mam żadnej mocy sprawczej.

Na łasce lekarzy, lekarstw i chyba nawet ślepego losu.

Dostałam od życia cytrynę. Ale ja nie mam ochoty na żadną cholerną lemoniadę.

 

 

Blokada

Niby dzieje się wiele a jednak z jakichś nieznanych mi przyczyn nie piszę o tym.

Dla przykładu jakiś czas temu zaczęłam biegać. Z racji mojej wagi nie są to maratony ale jednak w jakiś sposób jestem z siebie dumna. początkowo wybraliśmy stadion na którym trochę się kontuzjowałam przez swoją ostatnio wspomnianą niecierpliwość. Bo ja to bym chciała tak jak w liceum. Szybko sprawnie i w ogóle. Padł mi kręgosłup na trochę. Potem jelitówka i tak zrobiły się z tego prawie 3 tygodnie. Od tygodnia wróciłam do biegania po bieżni na siłowni. I jest spoko. Jak się ogarnę na tej bieżni to wrócę na stadion.

W naszym domu zagościło akwarium. To taki hmmm paradoks bo przecież chcemy psa… No ale z racji warunków nie zanosi się na niego. Także w moim biurze stanęło 60 litrów wody z roślinkami, 10-cioma Neonkami Czerwonymi, 12-toma Razborami Borneańskimi, piątką Kirysów Karłowatych oraz jednym ślimakiem, którego nazwaliśmy Stefan. W ten oto sposób w nasze życie wtargnęły stężenia azotanów, wartości pH i tym podobne problemy związane z utrzymaniem rybek przy życiu.

Pośród wielu moich zalet nijak nie potrafię się zmobilizować do pisania pracy magisterskiej. To jest jakieś jedno wielkie nieporozumienie. Na biurku leżą już książki które wymagają porównania i opisania. A jednak moim największym sukcesem było ściągnięcie ich z półki i położenie na biurku. Porażka

Testy ciążowe oblewam, więc w przyszłym miesiącu wybiorę się na oglądanie pęcherzyków.

PCOS, tudzież odstawione tabletki robią sieczkę z mojego ciała. Wyglądam znów jak nastolatka. Moją twarz zdobi trądzik i dodatkowe kłaki, których muszę się pozbywać częściej niż zwykle. Pomimo ruchu waga stoi i kwiczy a ja nadal się łudzę, że zbyt wcześnie oczekuję sukcesów i one kiedyś przyjdą. W każdym bądź razie nie zdobywam punktów bonusowych za bycie „kobiecą”.

Pod koniec wpisu może jakiś pozytyw….

W związku z tym że prawie 3 miesiące temu przesiadłam się na aparat hybrydowy (traktując swoje fotograficzne hobby nieco poważniej niż zazwyczaj) postanowiłam się za namową Lubego zapisałam na kółko fotograficzne. No i byłam. Zdecydowanie obniżam średnią wieku i na pewno nie zgromadziłam takiego arsenału jakim dysponują tamtejsi członkowie, ale chyba zdobyłam szacunek kilkoma swoimi zdjęciami. Jeszcze nie całkiem wiem o czym dokładnie mówią, ale zwalę to na różnice językowe i lata doświadczenia. W każdym razie odkryłam takie tam swoje miejsce w którym czuje się rozumiana ze swoimi pomysłami.

W ten weekend wybieram się na targi książki, które odbędą się we Frankfurcie. Mam nadzieję, że spędzę miło czas i może coś upoluję a przynajmniej torbę z gratisami.

A skoro mowa o Frankfurcie to może parę zdjęć z zeszłego miesiąca?